Kilka słów o GhosteyeSHOP

Czym byłby projekt Ghosteye bez ciągłych zmian i nowych pomysłów? „Jedyną stałą rzeczą w życiu jest zmiana”. Ghosteye SHOP to jedna z nich. 


Okularowy high fashion

Pewnie myślicie – kolejny sklep internetowy z ambitnymi aspiracjami – ożenić wszystko i wszystkim ile wlezie. Nic z tego! Ghosteye SHOP to skrupulatnie wybrane okulary, które ujęły mnie niebanalnym wyglądem, jakością wykonania, a często ciekawą historią w tle. Mój sklep nie jest miejscem dla „zmęczonych” okularników traktujących oprawki jako zło konieczne, wyrok czy przymus od okulisty. Ghosteye SHOP to przestrzeń dla modowych inspiracji potęgujących ten przedmiot do rangi ornamentu i pięknej biżuterii. Cudownie przy ich pomocy podkreślać kobiecość, dodawać seksapilu i wyrażać siebie. Nie ukrywam, że większość uwagi poświęcę tutaj Wam kobietom.

Jako SOO Master Class wszystkie produkty do Ghosteye SHOP wybrałem spośród setek wzorów, form i kolorów. Każdą parę okularów miałem możliwość dotknąć i sprawdzić z jakim kształtem twarzy komponuje się najlepiej. Brałem udział w każdej sesji zdjęciowej opraw, które krok po kroku będę przed Wami odkrywał.

Ostatnio coraz bardziej przyglądam się marce stworzonej przez malezyjskiego kreatora mody Jimmy Choo. Przyznam Wam, że wybrałem też model dla siebie. Prawdziwa petarda! Niebawem zaprezentuję go wszystkim facetom w Ghosteye Shop. Sporo oprawek tej marki drepta już w poczekalni.

Model, który wyjątkowo przypadł mi do gustu podczas paryskiej sesji foto. Obok mnie upodobał go sobie także Ronaldo. Jego zdjęcie w prezentowanych okularach z ptakiem obiegło internety. Spokojnie. Nie chodzi tu o Adamowy outfit, tylko o zdjęcie słynnego, portugalskiego napastnika z ptakiem drapieżnym na ręku.

Okulary z korekcją

Nie jestem zwolennikiem kupowania na chybił trafił gotowych okularów w sieci i wykluczam zakup tą drogą okularów progresywnych – w związku z koniecznością szczegółowych pomiarów nie da się zrobić tego na odległość. Ale spokojnie mam dla Was inne rozwiązanie. Z wielką przyjemnością dopasuję dla Was idealne okulary progresywne (bądź każde inne) w moim salonie optycznym, po wcześniejszym ustaleniu wizyty. Pamiętajcie, że w przypadku, kiedy chcielibyście precyzyjnie zdiagnozować wzrok, możecie skorzystać z mojej usługi Ghosteye Premium Care.

 

Chloe – to wizja projektowania, którą sama jej autorka Gaby Aghion określiła jako „luxury pret-a-porter.” To paryska marka z jej słynnym dyrektorem artystycznym, z którym całkiem niedawno pożegnał się świat – Karlem Lagerfeldem. Modele okularów marki Chloe będą grały pierwsze skrzypce w Ghosteye Shop.

Spora część modeli okularów prezentowanych w Ghosteye SHOP daje możliwość montażu szkieł korekcyjnych. Dlatego jeśli jesteście przekonani do danego modelu oprawki – w Ghosteye SHOP zrealizujecie zamówienie na gotowe okulary. Warunkiem jest przesłanie kserokopii okularowej recepty i parametru odległości źrenic (PD).

Planuję, aby każdego tygodnia poszerzać ofertę sklepu o kilka nowych modeli. Niebawem zadebiutują tu także luksusowe okularowe akcesoria niedostępne nigdzie indziej. Bądźcie cierpliwi i bacznie obserwujcie najnowsze trendy okularowej mody. Oczywiście w Ghosteye SHOP.

 

Pozdrawiam
Ghosteye

 

Stepper Eyewear – najwygodniejsze okulary na świecie?

Wyobraź sobie okulary, których kształt doskonalony jest latami w oparciu o anatomię twarzy różnych grup etnicznych z całego świata. Pomyśl o okularowych oprawach, które nie mogłyby powstać bez ich idealnego odwzorowania w trójwymiarowej przestrzeni. Wyobraź sobie jak różni jesteśmy, a co za tym idzie jak trudno stworzyć uniwersalne formy okularów uwzględniając najdrobniejsze różnice. Niewykonalne? A jednak!

Continue reading

Polaroid – znacznie więcej niż okulary

Ni z tego, ni z owego zapytałem znajomych z czym kojarzy im się marka Polaroid. Odpowiedzi były różne, niektóre nawet przezabawne. Sporo skojarzeń wiązała się z dawnym okresem komunii świętych (początek lat 90-tych) gdzie obok ogromnego podniecenia i zapachu pieniędzy w powietrzu wisiała nieodparta żądza otrzymania w prezencie Polaroida. Aparatu od zawsze kojarzonego z „błyskawiczną” fotografią, kosmicznym wyglądem, który manifestował swoją gotowość do pracy otwierając się jak pradawny transformers. To był prawdziwy lans. Komunijne quady, skutery i rowery – możecie pochować się po kątach. Polaroid stał się nie tylko wyznacznikiem superszybkiej, innowacyjnej fotografii. Markę bowiem kojarzyć można również z czymś innym. Zakomunikował mi to wprost jeden ze znajomych, traktując to, co mówi za tak oczywiste jak emocje na grzybobraniu: „chcesz dobrych okularów przeciwsłonecznych – kupujesz po prostu Polaroidy”.

Continue reading

Okularowe trendy 2019

To w czym pokazują się i będą pokazywać okularnicy na całym świecie zależy rzecz jasna od wielu czynników. Inaczej wygląda i będzie wyglądał przekrój okularowych twarzy wśród przechadzających się po rynku Nowego Sącza, a inaczej na Times Square. Inna będzie reakcja na ten obszar w modzie u ludzi w zależności od miejsca na mapie, od kultury czy anatomicznych cech twarzy, właściwych dla danej grupy etnicznej.

Continue reading

Jak pożarłem Malezję…

Długo zwlekałem z napisaniem artykułu o mojej najlepszej podróży ever. Tak jakoś wyszło. Może po prostu nie chciałem pucować się przed Wami, że w środku polskiej, zapiździałej zimy okularowy pismak bawi się w ciepłych krajach, gdy inni ciężko pracują. Jednak z racji tego, że w naszym słowiańskim, smogowym zagłębiu wychodzi powoli słońce, nie mam już wyrzutów sumienia. Tak więc piszę, publikuję i kuszę fotami.


Zaczęło się niewinnie

Jako gość, któremu matka natura nie oszczędziła zajebistej skromności i umiejętności gotowania, postanowiłem zaprezentować swój kuchenny dryg w szerszym gronie i wziąć mojego kochanego potwora – jedenastoletnią Amelkę na łódzkie, kulinarne warsztaty Baccaro (jakby co, wisicie mi za ten wpis darmową wejściówkę). W smaki Azji wprowadził nas Filip – ciągle głodny i wciąż chudy, odjechany podróżnik, Fooodkrywca i autor bloga Głodny Świata. Było fajnie, miło, smacznie i inspirująco. Oczywiście zdałem całą relację swojej doktor Ani (żonie), która, jak to rasowa baba zaczęła drążyć temat. To o jedzeniu, to o jego (Filipa) podróżach, i (niepotrzebnie się wysypałem) o jeszcze kilku wolnych miejscach (dżizys) na food trip do Malezji. Ani się obejrzałem jak po paru miesiącach i kilku drinach – boję się i nienawidzę latać, wchodziłem do rękawa Dreamlinera z logo Emirates.

Scenariusz imprezy prosty. Jeździmy, jemy, zwiedzamy, jeździmy, jemy, zwiedzamy…

Wszystko po to, aby w kilkanaście dni odkryć smaki Malezji i wycisnąć z niej możliwie jak najwięcej. Samolotem, taksówką, metrem, autobusem i „z buta”. Bez szpanerskich walizeczek na kółkach, za to z ekwipunkiem na plecach pełnym koszulek z krótkim rękawkiem i Jacka (w Malezji alkos cholernie drogi, więc zahaczyliśmy o bezcłówkę). I, jak to w moim przypadku, z kilkunastoma parami zabunkrowanych w plecaku okularów. W planie zamiast wypierdzianych francuskich restauracji i kelnerów w białych koszulach, orgia azjatyckiej, wielokulturowej kuchni łakomie konsumowanej na malezyjskim street foodzie.

Przystanek nr 1 – Kuala Lumpur 

Zderzenie z kulinarną, malezyjską rzeczywistością. Pierwszy wieczorny spacer, ciężkie od wilgoci powietrze, prawie trzy dychy na termometrze. Stroniąc od coli z lodem i tym podobnego gówna (no chyba, że do whisky) maszerujemy z ręcznie wyciskanym przed kilkoma minutami sokiem z trzciny cukrowej w dłoni. Ogrom egzotycznego żarcia przytłacza. Do brzuchów lądują różne kombinacje satajów (ichniejsze szaszłyki z różnościami) i owoców morza. Próbuję żaby z grilla. Jest przesmacznie.

okulary przeciwsłoneczne

Nazajutrz czeka nas pierwszy obiad. Filip zamawia tanie jak barszcz taksówki, które wiozą nas do zaniedbanej dzielnicy Kuala. Obdrapane blokowiska, lekki syf na ulicach, w oddali na wietrze delikatnie powiewa flaga z symbolem islamu (księżyc i gwiazda). Świetne miejsce na melinę dla narkotykowego kartelu. Mimo tego czujemy się jakoś bezpiecznie. Wbijamy do niepozornej hinduskiej knajpy. Na liściach bananowca (zamiast talerzy) wędruje obłędny ryż z kilkoma rodzajami curry. Wcinamy palcami – poezja. Wtedy właśnie wyciągam aparat i strzelam kilka ujęć tego świetnego żarcia w towarzystwie lustrzanek od Pepe Jeans.

jedzenie w malezji

Przystanek nr 2 – Malakka

Skrzyżowanie kolorowego odpustu i kiczu z islamsko-buddyjsko-chrześcijańskim miksem (zresztą jak w całej Malezji). Zdaje się, że będąc tu – to problem tylko dla nas Europejczyków. Niewielka portowa miejscowość wita nas kilkoma specjałami. Wśród nich przygotowane na parze ryżowe pierożki z niesamowitym, słodkawym, mięsnym nadzieniem oraz zupna wizytówka Malezji – laksa. W jednej wersji aksamitna i łagodna, w drugiej wykręcająca mordę od chilli. Zjadam obydwie. Pycha.

zupa tropikalna

Kolejny z wieczorów – to festiwal przepysznych satajów smażonych w lekko pikantnym, aromatycznym, orzechowym sosie. Razem z Anią wciągamy dwadzieścia cztery sztuki. Zakumplowuję się z właścicielem knajpy, który co chwila „za free” donosi nam Heinekena w puszce. Opowiada o restauracji, swoich klientach, w tym małej Chince, która w ciągu jednego dnia opierdzieliła ich prawie czterysta sztuk – WOW. Cały czas gorąco, na przemian słońce i przelotny deszcz. Zakładam fotochromy z powłoką flash to mirror. Pozują kilka razy.

Przystanek nr 3 – Cameron Higlands

Jedziemy ponad trzysta kilometrów na północ i półtora tysiąca metrów wyżej. Pierwszy raz od czasów dzieciństwa na autokarowej wycieczce chce mi się haftować. Kierowca wyprzedza większość osobówek (nie wspomnę, że wszyscy grzeją tu po lewej stronie), non stop gada przez telefon i strzela selfiaki. Pieprzony, malezyjski król Instagrama. Pierdylion zakrętów i w końcu wjeżdżamy do spowitej mgłą, ukrytej w dżungli oazy spokoju. Zimno jak cholera (około dwadzieścia stopni na plusie). Zmęczenie daje we znaki, więc po krótkiej przechadzce po centrum rzucamy się na szerokie chyba na trzy metry hotelowe łóżko.

Malezja w terenie

Nazajutrz nadal kręci mi się we łbie, a żołądek mam przy gardle. Terenowe taksi wiezie nas jeszcze wyżej, gdzie odkrywamy soczyste, bajeczne, herbaciane pola, tunele upraw truskawek i co najważniejsze jeden z najstarszych na świecie lasów deszczowych. Niesamowicie, pięknie, nie do opisania. Kiepska forma nie powstrzymuje mnie wieczorem od zjedzenia pysznego, wypiekanego w specjalnym piecu kurczaka tandori, chlebków nan i pysznych skorupiaków.

Przystanek nr 4 – Georgetown

Kolejne, obok Malakki światowe dziedzictwo UNESCO. Tak więc kierujemy się na północ i lądujemy na wyspie Penang. Nie zdaję sobie sprawy, że słodki, kokosowy dżem świetnie smakowo komponuje się z jajkiem. Właśnie tak witamy słoneczny poranek: kaya tost, jajko na miękko w towarzystwie kawy w fajansiarskiej porcelanie. Cudownie. Na chwilę ewakuuję się do pobliskiego optyka. Sprzedawca dzwoni do szefa mówiąc, że ma u siebie okularowego blogera z Polski. Strzelam foty gdzie popadnie. Jest prześmiesznie.

Trzy dni chodzenia po mieście, setki fot przy słynnych muralach, zakupy i, jak wszędzie wizyta we wszystkich napotkanych optykach. Ostrygi za grosze, tony krewetek i dziesiątki innych owoców morza. Przepyszny, soczysty dragon fruit i ohydny durian, po którym odbija mi się cebulą. A gdzieś pomiędzy – przerwy na siłowni i w mieszczącym się na dwudziestym piątym piętrze hotelu basenie. Nice view. Chce się żyć. To nie koniec. Czeka nas jeszcze kulinarny suprajz. Jedziemy na warsztaty gotowania do Pearly Kee. Po obchodzie po lokalnym targu i poznaniu tutejszych owoców i warzyw, których nazw nie potrafię powtórzyć stajemy przy garach. Na talerze wędruje rozpływająca się w ustach marynowana, gotowana w liściach bananowca ryba oraz sambal udang – krewetki w najcudowniejszej marynacie jaką kiedykolwiek zrobiłem. Jest bosko.

Przystanek nr 5 – wychodzimy z „płaszcza” turysty „na biedaka”…

…tak mój funfel określa podróżujących z plecakami i wchodzimy na salony. Zażywamy chill w pięcio-gwiazdkowym hotelu, niedaleko od Georgetown – tuż przy oceanie, w Batu Ferringhi. Trochę mocniejszego islamu – panny z wizjerem na oczach w towarzystwie gości z zegarkami w cenie samochodu. Welcome drink, muzyka na żywo, przycisk do kelnerskiej obsługi przy leżaku… jakby to powiedział Pacześ – a zresztą nie powiem. Wychodzimy z hotelu i jemy niewielkie mięczaki w przepysznym sosie. Osiemdziesięcioletnia kelnerka wciąż donosi nam lokalne frykasy i słodką herbatę (podziękowaliśmy za bawarkę). Palce lizać. Nazajutrz wyruszamy motorówką na Monkey Beach. Wcześniej kupuję z kilogram smażonych w cieście owoców ananasa i bananów oraz zgrzewkę słynnego Tigera (malezyjskie piwo). Niczego więcej nam nie trzeba.

I znowu taksówka, autobus, samolot. Ani się obejrzeć jak jemy w przestworzach papierowe, podgrzewane żarcie. Dwadzieścia kilka godzin później kładę się na mojej polskiej, własnej, domowej kanapie. Jest piętnasta trzydzieści. Skonany zamykam oczy i budzę się następnego dnia o siódmej rano. Dzisiaj na obiad pewnie smażona świnia w postaci schabowego plus ziemniory. Ech..

 

Jak dobrać okulary do kształtu twarzy

Dobre salony optyczne od zawsze starały się dobierać okulary bez pośpiechu, z dużą pieczołowitością i dbałością o najdrobniejszy szczegół. Obszar w modzie, który uwił sobie ten drobny przedmiot, nieskończona różnorodność oprawek oraz wcale nie rzadkie analizowanie przez klienta okularowych trendów, doprowadziły do powstania pewnego nurtu, który został zdefiniowany jako stylistyka opraw okularowych.

Continue reading

Soczewki okularowe – premiery 2019

Przełom lutego i marca był intensywnym okresem dla jednego z najważniejszych graczy na rynku soczewek okularowych w Polsce – marki JZO. Niewiele ponad tydzień czasu, czternaście miast, soczysty i obszerny program konferencji. Polska zaliczona wzdłuż i wszerz. Solidny marketingowy Road Show lub jak kto woli JZO on Tour. W ten oto sposób koronny producent oftalmiki w kraju zaakcentował fakt, że w zestawieniu z obecnymi czasami jedyną stała rzeczą jest zmiana i kierunek zgodny z japońską praktyką „kaizen”.

Continue reading

Top 10 okularowych ciekawostek

Okulary są dla mnie fascynującym zjawiskiem jednoczącym modę z potrzebą korekcji i ochrony wzroku. To przedmiot z ciekawą historią, wokół którego można opisać setki nowinek i opowiedzieć tysiące anegdot. Choć w bezkresie Internetu znajdziecie z tej materii pewnie o wiele więcej ciekawych treści – w Wasze ręce oddaję moją topową dychę.

Continue reading

Carrera Eyewear – okulary nie tylko na tor

Marka Carrera wzbudzała we mnie pozytywne, sportowe emocje nawet wtedy, kiedy nie byłem jeszcze okularowym szajbusem. Nie wiem jak Wasze, ale moje pierwsze skojarzenia to slalom gigant i narciarstwo alpejskie, sportowe stroje zawodników wyprzedzające epokę z dumnie wyeksponowanym czerwonym napisem na goglach. Obok superszybkich „maszyn” do zjeżdżania takich jak Alberto Tomba czy Herman Maier w kontekście sportów zimowych i marki Carrera grzechem byłoby pominąć piękną część polskiej historii narciarstwa klasycznego. Nieśmiały chłopak z Wisły z charakterystycznym wąsem, poprawiający drugie oczy (tak, tak, często właśnie z logotypem na „C”) zaraz przed tym jak wystrzeli w kosmos. To były czasy…

Carrera czyli wyścig…

Kiedy jestem pytany czy jeżdżę na nartach często przekornie odpowiadam, że wolę bardziej męskie sporty. To chyba trochę ze złości, że nie było mi dane godnie przepracować kilku sezonów pod okiem instruktora narciarstwa. Z drugiej strony – nienawidzę zimy jak cholera. I tak poszedłem w stronę dźwigania ciężarów (nawet z małymi sukcesami) i okładania się rękawicami w lokalnym klubie. Czy tak naprawdę to bardziej męskie? Nie wiem. Wiem na pewno, że aby zjechać z ośnieżonego stoku z prędkością przekraczającą 150 km/h trzeba mieć naprawdę duże „cojones”.

W lingwistyce tak już jest, że w pewnych słowach płyną endorfiny, temperament i nieposkromiona energia. A z tym od zawsze kojarzona jest marka Carrera. Wszystko staje się jasne gdy ciocia Wikipedia wyjaśnia nam etymologię nazwy. Mimo austriackich korzeni marki (kiedy to w latach pięćdziesiątych Carrerę powołał do życia pasjonat okularów i wyścigów samochodowych Winhelm Anger), samo słowo ma tak naprawdę hiszpański rodowód (carrera – z hiszp. wyścig). Komu jak komu, ale Iberyjczykom braku werwy i żądzy rywalizacji zarzucić nie można… Spójność nazwy – prima sort.

Optyl – materiał z efektem „pamięci”

Zanim opowiem Wam co doceniłem i co najbardziej jara mnie w okularach Carrera warto abyście poznali kilka ciekawostek. Jedną z nich jest stworzenie i opatentowanie przez markę materiału o nazwie optyl – tworzywa o doskonałych właściwościach fizycznych i chemicznych (z tzw. efektem pamięci), odpornego na działanie większości kosmetyków (tak, drogie Panie!). Optyl z powodzeniem wykorzystywany jest do dziś – po półwieczu od czasu jego wynalezienia.

Carrerę łączył także dłuższy związek z firmą Porsche. Marka była zawsze blisko sportu, nawet Formuły 1, a w roku 1996 trafiła do rąk włoskiego potentata okularów – Safilo Group, gdzie rozwija się do dzisiaj. Jedynym i wyłącznym dystrybutorem marek należących do grupy Safilo (w tym marki Carrera) od 28 lat na terenie Polski jest firma Optimex – Viscom.

Okulary ze szklanego ekranu

Ostatnie lata marki Carrera, to realizacja kapitalnej, marketingowo – wizerunkowej filozofii łączącej idee Wilhelma Angera (założyciela firmy) oraz stylistyczną ewolucję jaką w dzisiejszym czasie przechodzą okulary. Carrera konsekwentnie rysuje swój obraz świetnego, okularowego, modowego brandu. Super, że każdy z modeli przy zachowaniu sportowych korzeni i motoryzacyjnej tradycji doskonale odnajduje się w casualu. Wcześniejsze, charakterystyczne modele Carrery dały się poznać już dawno (poczciwy Sly jako Cobretti w filmie „Cobra” czy jeden z moich ulubieńców – Al Pacino jako „Człowiek z blizną”- czytaliście „Okulary mafii”??). Najnowsze kolekcje (w szczególności okularów przeciwsłonecznych), także robią zawieruchę na szklanym ekranie, a wśród nich modele, które w mojej ocenie aspirują do grona ponadczasowej, okularowej klasyki. Czas pokaże. Póki co odnajdujemy je w okularowej garderobie m.in. Lady Gagi, Rihanny, Madonny czy Brada Pitta.

Carrera i casual

Po otrzymaniu od polskiego dystrybutora najnowszej kolekcji i wstępnych przymiarkach zacząłem rysować sobie w głowie koncepcję sesji zdjęciowej. Na pierwsze kadry (przy okazji Targów Optycznych w Monachium) wybrałem stolicę Bawarii. Program napięty, a czas mocno ograniczony. Wskazówka na zegarze bliska północy. Idealny moment na przeciwsłoneczną sesję zdjęciową.:) Tak już mam z Mario – fotografem, że robimy dziwne rzeczy, idąc na żywioł i pełen spontan.

 

Wybór padł na Plac Mariacki, a później całkiem przypadkowo na monachijskie metro. W przypadku okularów przeciwsłonecznych Carrera urzekające jest to, że wcale nie trzymają się kurczowo sportowego stylu. Okazało się, że jesienno-zimowy, kraciany płaszcz, gruby golf, wysokie skórzane buty oraz rzecz jasna lustrzanki od Carrery mogą stworzyć naprawdę zacne połączenie. Kto by pomyślał. No i magia przeciwsłonecznych okularów zadziałała – minus dziesięć stopni na termometrze przestało być dokuczliwe. Mówcie co chcecie – jak dla mnie zaje…sty outfit, a zarazem potwierdzenie tego, że Carrerę można z powodzeniem łączyć z co najmniej w kilkoma modowymi stylami.

 

 

Włoskie krągłości

Marka Carrera to także okulary korekcyjne. Jako amator krągłości (również tych okularowych :-)) nie mogłem przepuścić najnowszych owalnych modeli. Co ciekawe i niepowtarzalne – są świetnym połączeniem klasyki, stylu vintage i sportowego sznytu. Korzystając już chyba z ostatniej w tym roku „białej scenerii” szybko założyłem je na nos, aby zakończyć pracę nad tekstem.

Wracamy do motoryzacyjnych korzeni

Kiedy miałem na starej maszynie wybić kropkę ogłaszającą koniec wpisu przyszło mi do głowy, że czegoś tu brakuje. Przecież Carrera to ucieleśnienie samochodowych rajdów, prędkości i zapachu spalonej gumy.

 

Z pomocą przybyło mi 550-konne AMG, które okazało się godnym rekwizytem zwieńczającym sesję. 6.3 litrowy motor z kutymi tłokami (pięknie „gada”) w zestawieniu ze świetnie wykonanymi okularowymi egzemplarzami wprost z włoskiej Padwy. W jednym i drugim przypadku mocna i solidna półka premium. Mission complited.

Nosząc okulary Carrera stajecie się właścicielami zamkniętej w niewielkim przedmiocie cząstki sportowej historii, pasji do wyścigów i  motoryzacji, którą możecie eksponować bez względu na płeć i w wielu modowych odsłonach. Od kobiecego outdoorowego oversizu, a nawet po męską klasykę. Sportowa ekstrawagancja i konsekwencja marki sprawiły, że Carrera stała się jednym z  okularowych brandów wszechczasów.