Jak pożarłem Malezję…

Długo zwlekałem z napisaniem artykułu o mojej najlepszej podróży ever. Tak jakoś wyszło. Może po prostu nie chciałem pucować się przed Wami, że w środku polskiej, zapiździałej zimy szlachta bawi się w ciepłych krajach, gdy inni ciężko pracują. Jednak z racji tego, że w naszym słowiańskim, smogowym zagłębiu wychodzi powoli słońce, nie mam już wyrzutów sumienia. Tak więc piszę, publikuję i kuszę fotami.


Zaczęło się niewinnie

Jako gość, któremu matka natura nie oszczędziła zajebistej skromności i umiejętności gotowania, postanowiłem zaprezentować swój kuchenny dryg w szerszym gronie i wziąć mojego kochanego potwora – jedenastoletnią Amelkę na łódzkie, kulinarne warsztaty Baccaro (jakby co, wisicie mi za ten wpis darmową wejściówkę). W smaki Azji wprowadził nas Filip – ciągle głodny i wciąż chudy, odjechany podróżnik, Fooodkrywca i autor bloga Głodny Świata. Było fajnie, miło, smacznie i inspirująco. Oczywiście zdałem całą relację swojej doktor Ani (żonie), która, jak to rasowa baba zaczęła drążyć temat. To o jedzeniu, to o jego (Filipa) podróżach, i (niepotrzebnie się wysypałem) o jeszcze kilku wolnych miejscach (dżizys) na food trip do Malezji. Ani się obejrzałem jak po paru miesiącach i kilku drinach – boję się i nienawidzę latać, wchodziłem do rękawa Dreamlinera z logo Emirates.

Scenariusz imprezy prosty. Jeździmy, jemy, zwiedzamy, jeździmy, jemy, zwiedzamy…

Wszystko po to, aby w kilkanaście dni odkryć smaki Malezji i wycisnąć z niej możliwie jak najwięcej. Samolotem, taksówką, metrem, autobusem i „z buta”. Bez szpanerskich walizeczek na kółkach, za to z ekwipunkiem na plecach pełnym koszulek z krótkim rękawkiem i Jacka (w Malezji alkos cholernie drogi, więc zahaczyliśmy o bezcłówkę). I, jak to w moim przypadku, z kilkunastoma parami zabunkrowanych w plecaku okularów. W planie zamiast wypierdzianych francuskich restauracji i kelnerów w białych koszulach, orgia azjatyckiej, wielokulturowej kuchni łakomie konsumowanej na malezyjskim street foodzie.

Przystanek nr 1 – Kuala Lumpur 

Zderzenie z kulinarną, malezyjską rzeczywistością. Pierwszy wieczorny spacer, ciężkie od wilgoci powietrze, prawie trzy dychy na termometrze. Stroniąc od coli z lodem i tym podobnego gówna (no chyba, że do whisky) maszerujemy z ręcznie wyciskanym przed kilkoma minutami sokiem z trzciny cukrowej w dłoni. Ogrom egzotycznego żarcia przytłacza. Do brzuchów lądują różne kombinacje satajów (ichniejsze szaszłyki z różnościami) i owoców morza. Próbuję żaby z grilla. Jest przesmacznie.

okulary przeciwsłoneczne

Nazajutrz czeka nas pierwszy obiad. Filip zamawia tanie jak barszcz taksówki, które wiozą nas do zaniedbanej dzielnicy Kuala. Obdrapane blokowiska, lekki syf na ulicach, w oddali na wietrze delikatnie powiewa flaga z symbolem islamu (księżyc i gwiazda). Świetne miejsce na melinę dla narkotykowego kartelu. Mimo tego czujemy się jakoś bezpiecznie. Wbijamy do niepozornej hinduskiej knajpy. Na liściach bananowca (zamiast talerzy) wędruje obłędny ryż z kilkoma rodzajami curry. Wcinamy palcami – poezja. Wtedy właśnie wyciągam aparat i strzelam kilka ujęć tego świetnego żarcia w towarzystwie lustrzanek od Pepe Jeans.

jedzenie w malezji

Przystanek nr 2 – Malakka

Skrzyżowanie kolorowego odpustu i kiczu z islamsko-buddyjsko-chrześcijańskim miksem (zresztą jak w całej Malezji). Zdaje się, że będąc tu – to problem tylko dla nas Europejczyków. Niewielka portowa miejscowość wita nas kilkoma specjałami. Wśród nich przygotowane na parze ryżowe pierożki z niesamowitym, słodkawym, mięsnym nadzieniem oraz zupna wizytówka Malezji – laksa. W jednej wersji aksamitna i łagodna, w drugiej wykręcająca mordę od chilli. Zjadam obydwie. Pycha.

zupa tropikalna

Kolejny z wieczorów – to festiwal przepysznych satajów smażonych w lekko pikantnym, aromatycznym, orzechowym sosie. Razem z Anią wciągamy dwadzieścia cztery sztuki. Zakumplowuję się z właścicielem knajpy, który co chwila „za free” donosi nam Heinekena w puszce. Opowiada o restauracji, swoich klientach, w tym małej Chince, która w ciągu jednego dnia opierdzieliła ich prawie czterysta sztuk – WOW. Cały czas gorąco, na przemian słońce i przelotny deszcz. Zakładam fotochromy z powłoką flash to mirror. Pozują kilka razy.

Przystanek nr 3 – Cameron Higlands

Jedziemy ponad trzysta kilometrów na północ i półtora tysiąca metrów wyżej. Pierwszy raz od czasów dzieciństwa na autokarowej wycieczce chce mi się haftować. Kierowca wyprzedza większość osobówek (nie wspomnę, że wszyscy grzeją tu po lewej stronie), non stop gada przez telefon i strzela selfiaki. Pieprzony, malezyjski król Instagrama. Pierdylion zakrętów i w końcu wjeżdżamy do spowitej mgłą, ukrytej w dżungli oazy spokoju. Zimno jak cholera (około dwadzieścia stopni na plusie). Zmęczenie daje we znaki, więc po krótkiej przechadzce po centrum rzucamy się na szerokie chyba na trzy metry hotelowe łóżko.

Malezja w terenie

Nazajutrz nadal kręci mi się we łbie, a żołądek mam przy gardle. Terenowe taksi wiezie nas jeszcze wyżej, gdzie odkrywamy soczyste, bajeczne, herbaciane pola, tunele upraw truskawek i co najważniejsze jeden z najstarszych na świecie lasów deszczowych. Niesamowicie, pięknie, nie do opisania. Kiepska forma nie powstrzymuje mnie wieczorem od zjedzenia pysznego, wypiekanego w specjalnym piecu kurczaka tandori, chlebków nan i pysznych skorupiaków.

Przystanek nr 4 – Georgetown

Kolejne, obok Malakki światowe dziedzictwo UNESCO. Tak więc kierujemy się na północ i lądujemy na wyspie Penang. Nie zdaję sobie sprawy, że słodki, kokosowy dżem świetnie smakowo komponuje się z jajkiem. Właśnie tak witamy słoneczny poranek: kaya tost, jajko na miękko w towarzystwie kawy w fajansiarskiej porcelanie. Cudownie. Na chwilę ewakuuję się do pobliskiego optyka. Sprzedawca dzwoni do szefa mówiąc, że ma u siebie okularowego blogera z Polski. Strzelam foty gdzie popadnie. Jest prześmiesznie.

Trzy dni chodzenia po mieście, setki fot przy słynnych muralach, zakupy i, jak wszędzie wizyta we wszystkich napotkanych optykach. Ostrygi za grosze, tony krewetek i dziesiątki innych owoców morza. Przepyszny, soczysty dragon fruit i ohydny durian, po którym odbija mi się cebulą. A gdzieś pomiędzy – przerwy na siłowni i w mieszczącym się na dwudziestym piątym piętrze hotelu basenie. Nice view. Chce się żyć. To nie koniec. Czeka nas jeszcze kulinarny suprajz. Jedziemy na warsztaty gotowania do Pearly Kee. Po obchodzie po lokalnym targu i poznaniu tutejszych owoców i warzyw, których nazw nie potrafię powtórzyć stajemy przy garach. Na talerze wędruje rozpływająca się w ustach marynowana, gotowana w liściach bananowca ryba oraz sambal udang – krewetki w najcudowniejszej marynacie jaką kiedykolwiek zrobiłem. Jest bosko.

Przystanek nr 5 – wychodzimy z „płaszcza” turysty „na biedaka”…

…tak mój funfel określa podróżujących z plecakami i wchodzimy na salony. Zażywamy chill w pięcio-gwiazdkowym hotelu, niedaleko od Georgetown – tuż przy oceanie, w Batu Ferringhi. Trochę mocniejszego islamu – panny z wizjerem na oczach w towarzystwie gości z zegarkami w cenie samochodu. Welcome drink, muzyka na żywo, przycisk do kelnerskiej obsługi przy leżaku… jakby to powiedział Pacześ – a zresztą nie powiem. Wychodzimy z hotelu i jemy niewielkie mięczaki w przepysznym sosie. Osiemdziesięcioletnia kelnerka wciąż donosi nam lokalne frykasy i słodką herbatę (podziękowaliśmy za bawarkę). Palce lizać. Nazajutrz wyruszamy motorówką na Monkey Beach. Wcześniej kupuję z kilogram smażonych w cieście owoców ananasa i bananów oraz zgrzewkę słynnego Tigera (malezyjskie piwo). Niczego więcej nam nie trzeba.

I znowu taksówka, autobus, samolot. Ani się obejrzeć jak jemy w przestworzach papierowe, podgrzewane żarcie. Dwadzieścia kilka godzin później kładę się na mojej polskiej, własnej, domowej kanapie. Jest piętnasta trzydzieści. Skonany zamykam oczy i budzę się następnego dnia o siódmej rano. Dzisiaj na obiad pewnie smażona świnia w postaci schabowego plus ziemniory. Ech..